
Są firmy, które reklamacje traktują jak normalną część sprzedaży: sprawdzają, dopytują, wyjaśniają, proponują rozwiązanie. I są takie sytuacje, w których reklamacja wygląda jak kłopot do spacyfikowania gotową formułką. Ta historia z Neonetem na Allegro pachnie właśnie tym drugim.
Sprawa jest prosta: pendrive Kingston DataTraveler Kyson 64 GB (DTKN/64GB). W ofercie: „do 200 MB/s odczytu” i „do 60 MB/s zapisu”. Klient robi testy (H2testw) na dwóch sztukach i dostaje wyniki rzędu około 37 MB/s odczytu i około 11 MB/s zapisu. To nie jest „minimalna różnica”. To jest przepaść.
Reklamacja została zgłoszona jako niezgodność z opisem. Klient podał:
To nie był „marudzący klient”. To był klient, który przyszedł z danymi, testami i jasnym żądaniem.
Najpierw lecą komunikaty proceduralne: „przekazane do działu reklamacji”, „dodano zdjęcia”, „dziękujemy”. A potem klucz: reklamacja zostaje odrzucona bez potrzeby odesłania towaru. Czyli sprzedawca rozstrzyga spór o parametry techniczne bez weryfikacji sprzętu u siebie.
Jeśli w sprawie wydajności nośnika pamięci nikt po stronie sprzedawcy nie bierze urządzenia do ręki i nie robi własnego testu, to trudno to nazwać „rozpatrzeniem”. To jest raczej administracyjne zamknięcie tematu.
Uzasadnienie odmowy wyglądało znajomo:
To brzmi rozsądnie, dopóki nie spojrzymy na to, o co klient poprosił później. A poprosił o dwie rzeczy, absolutnie podstawowe:
I tutaj zaczyna się jazda: zamiast odpowiedzi na pytania, klient dostaje „podtrzymujemy stanowisko” oraz ogólniki o tym, że „zależy od plików, sprzętu i portu”. To nie jest odpowiedź. To jest omijanie odpowiedzi.
Jeśli sprzedawca broni się „warunkami testowymi”, a jednocześnie nie potrafi lub nie chce podać tych warunków, to „warunki testowe” stają się nie informacją, tylko zaklęciem: ma zamknąć temat, nie wyjaśnić sprawę.
Z perspektywy klienta to wygląda jak klasyczny schemat zbywania:
To jest fatalny standard obsługi reklamacji technicznych, bo klient nie dostaje nic, co da się sprawdzić. Bez wskazania metodologii i bez testu po stronie sprzedawcy decyzja wygląda jak „bo tak”. A „bo tak” nie buduje zaufania — buduje wkurzenie.
W tle pojawia się typowa ścieżka platformy: sprzedawca decyduje, Allegro nie podważa, za to proponuje Ochronę Kupujących. Tyle że to jest rozwiązanie finansowe, nie merytoryczne. Klient wprost deklaruje, że nie chodzi mu o zwrot pieniędzy, tylko o sensowne rozpatrzenie reklamacji i odpowiedź na pytania.
Nie chodzi o to, że napis „do 200 MB/s” jest magiczną obietnicą, która zawsze ma wyjść w każdym teście. Chodzi o to, że jeśli klient pokazuje konkretne wyniki na dwóch egzemplarzach i prosi o konkretne warunki, w których deklaracje są osiągalne, to odpowiedzi „podtrzymujemy stanowisko” i „zależy od wielu czynników” są po prostu słabe.
W tej historii Neonet nie wygląda jak firma, która chce rozwiązać problem. Wygląda jak firma, która chce go uciszyć. A to jest najgorsze, co można zrobić w reklamacji: zamiast sprawdzić albo wyjaśnić — zbyć.
Zalecam więcej szacunku do klienta a mniej bełkotu proceduralnego.