
15 zł – tyle w zaokrągleniu kosztował mnie czujnik czadu kupiony na Allegro, który okazał się elektrośmieciem. Mogłem się tego domyślać, natomiast oszczędna natura czasami daje o sobie znać i utrudnia trzeźwy osąd. Pół biedy, że moja głupota wyszła na jaw w momencie, gdy czujnik nie musiał uratować mi życia.
Przyznaję, że byłem święcie przekonany, iż czujniki czadu sprzedawane na polskim (w końcu unijnym!) rynku podlegają jakieś certyfikacji, testom etc. Okazuje się, że nie. Ten, który kupiłem na Allegro, to zwykły śmieć, nie wart nawet tych 15 zł.
Teoretycznie czujnik jak czujnik – wkładamy baterie i możemy spać spokojnie. No, nie do końca. Z tym, który kupiłem, od początku były problemy. A to piszczał bez powodu, a to nie wykrywał dymu (zrobiłem własny test). W końcu po prostu odłożyłem go w garażu i zapomniałem, że kiedykolwiek trafił w moje ręce.
Sytuacja zmieniła się z chwilą, gdy dostałem wiadomość od Allegro. Serwis przestrzegał, aby nie używać tego czujnika, ponieważ został uznany za produkt nielegalny.
Dosłownie tydzień później usłyszałem dziwny pisk dobiegający z garażu. Okazało się, że to ten właśnie czujnik, który bez powodu (w garażu nie mam żadnego źródła ogrzewania) alarmował o wykryciu czadu. Paranoja.
Mam pełną świadomość tego, że z własnej głupoty naraziłem siebie i swoich bliskich na niebezpieczeństwo, powierzając – jakby nie patrzeć – życie ludzi urządzeniu za 15 zł. Biję się w piersi i jest to dla mnie nauczka, na szczęście bez większych konsekwencji.
Intryguje mnie natomiast postawa Allegro. Z jednej strony: portal sam ostrzegł przed niebezpieczeństwem użytkowania przedmiotu. Z drugiej: przecież tam go właśnie kupiłem. Rozumiem, że nie da się weryfikować wszystkich produktów w czasie rzeczywistym, ale jednak tutaj mówimy o sprzęcie z zasady mogącym zadecydować o czyimś zdrowiu lub życiu. Po największej platformie sprzedażowej w Polsce spodziewam się więcej.
Aha. Oczywiście Allegro przypomniało, że mam możliwość zwrócenia towaru, jeśli… nie minęło 14 dni od zakupu. Problem w tym, że minęło! I co teraz? No cóż, mogę powołać się na niezgodność z umową i przejść standardową procedurę reklamacyjną. Sorry, ale w takim przypadku zwrot powinien następować z automatu, bo to nie ja dopuściłem do sprzedaży produkt ewidentnie niebezpieczny.
Dałem sobie spokój z reklamacją, a wszystkich przestrzegam, aby wnikliwie sprawdzać, co kupujecie na Allegro – portal najwyraźniej tego nie robi (lub niewystarczająco się stara).